sobota, 7 czerwca 2014

Od Luny CD Corpoisa 147

-Wiesz...Corpoise...nie jestem jedną z tych wilczyc...które....są...wiesz...romantyczne,łatwo się zakochują...i ufają...-Powiedziałam kładąc uszy z leciutkiego smutku.-J-ja cię...sory!-Powiedziałam i pobiegłam. To nie była odmowa miłości. Ja po prostu nie lubię...nie chcę być z wilkiem,którego dopiero poznałam. Skoczyłam se skarpy i rozwinęłam skrzydła. Leciałam nad morzem,aż poczułam zapach śmierci. Skierowałam się tam. Kiedy wylądowałam,zorientowałam się,że byłam na łące. Pustej,cichej łące,na terenach watahy. To była łąka bitewna. To tu staczane są wojny i bitwy. Stałam na jej środku. Zobaczyłam małe,płaczące szczenię. Kiedy mnie zobaczyło schowało się za konarem drzewa. Bało się mnie. Nie zwróciłam na niego uwagi. Otworzyłam słoiczek na dusze i wchłonęłam duszę towarzysza tego szczeniaka. Młody nie był z naszej watahy. Nie należał też do żadnej rodziny wilków,które znałam w tej watasze. Uciekł. Właśnie. Uciekł. Strach wziął górę. Bał się ochronić swojego przyjaciela. Wiem,że to dopiero szczeniak,ale...nawet szczeniak powinien umieć wziąć się na odwagę,żeby ochronić swojego jedynego przyjaciela. To było dla niego coś w rodzaju kary. Wtedy poczułam zapach,nieznany mi dotąd. Obcy wilk szedł w tę stronę. Po chwili wyszedł z zarośli.
Wyglądała jak taka,co wszystko olewa. Spojrzała na mnie z dziwnym uśmieszkiem.
-Kim jesteś?-Warknęłam.
-Właśnie wchłonęłaś duszę towarzysza mojej...córeczki.
-Pragniesz zemsty?-Zapytałam kpiąco.
-A cóż mnie ona obchodzi? Była tym szczeniakiem z numerem "za dużo o jednego". Nie potrzeba mi jej.
-Ale ty jesteś potrzebna jej.-Warknęłam.-Więc to tak troszczysz się o swoje dzieci?
-Kochana. Miałam w swoim życiu dwa mioty. W jednym chciałam same córeczki. Miałam dwóch synów,więc się ich pozbyłam. Pewnie zjadły ich niedźwiedzie polarne albo coś...-Zaśmiała się jakby była nietrzeźwa. Tak też się poruszała (czyt. nie chwiała się,tylko chodziła wolno i trochę krzywo).-Jak masz na imię kochaniutka? Ja jestem Eldora.
-Nie zdradzam swojego imienia tak fałszywym wilkom jak ty!
-Hola hola! I kto tu jest fałszywy? Ja nie zabijam dla zabawy i nie wchłaniam czyiś dusz! Hahahah.-Znów się dziwacznie zaśmiała.
-Zabijanie dla zabawy wilków,które mogą się bronić,a porzucanie bezbronnych szczeniaków to zupełnie inna sprawa!
-Myślę,że zabiłabyś takiego szczeniaka podczas walki. Hahaha.
-Nie!
-A spotkałaś się s czymś takim?
-Tak!
-I co z nim zrobiłaś? Chyba nie wychowałaś! Ty! Luna nosząca imię "Śmierć" kochająca zabijać...hahaha!
-Nie twoja sprawa. Powiem ci tylko,że go nie z a b i ł a m !-Wtedy wbiegł zdyszany Igneel. Zaczął warczeć na...Eldorę.
-TY!-Warczał.-Masz tupet! Żeby zjawiać się tutaj!
-Och. Cześć skarbie. To ty żyjesz? Jaka niespodzianka. Nie wiedziałam,że jesteś w tej watasze.
-Mogłeś się domyślić! I nie mów do mnie kochanie! Nie jesteśmy już rodziną!
-Nie pamiętam,żebym cię wydziedziczała. Ha ha ha.
-Tak samo jak zapomniałaś już o Lisannie!-Zobaczyłam w jego oczach smutek.
-Czekaj łączę wątki...
-Jesteś beznadziejna...Eldora!
-Bez szacunku do matki!
-Nie zasługujesz na szacunek! Nawet nie pamiętasz jak zostawiłaś Lisannę na śmierć w grocie cieni,by ratować swoją skórę! Nie masz prawa,by żyć!-Krzyknął prawie przez łzy. Jednak wściekłość była silniejsza,niż smutek. Tamta tylko uśmiechnęła się.
-A co z twoim braciszkiem? Rouminem...tak?
-Nawet nie pamiętasz jak ma na imię?! Jesteś....eh....żyje. I ma się dobrze. I to nie dzięki tobie.-Wyglądał jakby zaraz miał na nią skoczyć i udusić.-Odejdź stąd! Jak Rin tu przyjdzie,udusi cię!
-Czili nie chcesz mojej śmierci?
-Nawet nie wiesz jak bardzo cię nienawidzę i chcę,żebyś zdechła,ale nie jestem tobą! Nie zabijam...bez...powodu.
-A śmierć Lisanny to nie powód?-Jej źrenice strasznie się zwężyły. Krzyczała jak szaleniec śmiejąc się również w ten sposób.-Hahahah! A Flora,Mira,Xena! Hahahahahahhahahahahahahh,a wy?! Nie masz powodu?! Jesteś naiwny!-Jego wściekłość ustąpiła smutkowi. Powiedział już spokojniej,ale słowa jego były przesiąknięte nienawiścią i smutkiem.
-Po prostu odejdź!
-Hah! Poczekaj tylko na armię cichych dni. Pod moim dowództwem zabiją ciebie i twoich przyjaciół,a także Rina.-Kiedy spojrzał na nią wzrokiem przerażenia,jej już nie było. Jego źrenice były zwężone. Czułam jego strach ukrywany pod warstwą smutku pod grubą warstwą nienawiści i wściekłości. Wzruszyłam ramionami i poleciałam...
    Czułam nadchodzącą śmierć...to było coraz bliżej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz