-Heh.
-Z czego się śmiejesz?-Zapytała Luna.
-Nieważne...lecimy do twojej jaskini,ogarniesz swoje rany i lecimy na kolejną wojnę? Będę cię osłaniał.-Liznęła mnie w policzek.
-Dziękuję-Szepnęła. Dolecieliśmy do jej jaskini. Wyszedłem na zewnątrz,żeby nie patrzeć,kiedy ona się ogarniała. Kiedy wyszła,była w swojej postaci boga śmierci.
-Pięknie wyglądasz.-Szepnąłem jej do ucha i liznąłem w policzek. Zachichotała.
-Przez ciebie robię się miękka!-Powiedziała z uśmiechem na pysku.-Lecimy?
-Jasne.
-STOP!-Zatrzymał nas głos z za pleców.-Co wy sobie wyobrażacie?! Mnie zostawiacie pod opieką jakiejś wilczycy,a sami dobrze się bawicie?!-To była Ross.-To nie fair!
-Ross...zrozum. Nie jesteś jeszcze gotowa na wojnę.-Powiedziała Luna.
-Ale!
-Żadnych ale! Zostajesz ze swoją opiekunką i koniec!
-Corpoise!
-Luna ma rację. Zostajesz.
-Nie!
-Corpoise-Szepnęła do mnie Luna.-Może zostań z Ross. Dam sobie radę. Wiesz przecież,że jak jestem w tarapatach,mogę użyć mocy starzenia się.
-W-wiem...
<Co dalej Luna?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz