środa, 4 czerwca 2014

Od Igneela 135

Wyszedłem wcześnie rano z jaskini. Mój brat jeszcze spał. Nie będę go budzić. Pochodziłem sobie po terenach watahy szukając jakiejś rozrywki typu walki,albo chociaż jakiś ciekawy wodospad. Uwielbiałem spływać razem z wodospadem i rozpościerać skrzydła w ostatnim momencie. Właśnie szukałem któregoś z tych zajęć,kiedy dosłownie wbiegła na mnie (z boku) jakaś biała wilczyca. Okazało się,że to Elza.
-Sory.-Powiedziała. Już chciała biec,kiedy ją zatrzymałem słowami:
-Gdzie tak pędzisz?
-Nie twoja sprawa.
-Wybacz. Masz rację.-Zaśmiałem się.-Chcesz powalczyć?
-Jak już zauważyłeś-chyba-to gdzieś się spieszę. Więc jeśli pozwolisz. Może kiedy indziej.
-Jasne.
-Pa.-I pobiegła. To była dość...dziwna rozmowa. No nic. Poszedłem dalej. Wtedy zobaczyłem jakąś czarną wilczycę idącą z także czarnym wilkiem. Mówili coś o wyprawie na demony.
-Przepraszam!-Podbiegłem do nich.-Przypadkiem usłyszałem,że idziecie na demony. Walczyć.
-A coś ty za jeden?-Zapytał samiec.
-Wybaczcie. Jestem Igneel a wy?
-Jestem Luna,a to Korpoise.
-Więc to prawda,że idziecie walczyć?
-Może tak,może nie.
-A...ja i mój brat moglibyśmy się przyłączyć?
-Zjedzą was żywcem i to przy pierwszym starciu. Tu potrzeba prawdziwego wilka.-Powiedział Corpoise mierząc mnie wzrokiem.
-Zobaczymy!-Trochę się zdenerwowałem.
-Zobaczymy. Idziemy dziś w południe. Weź swojego braciszka i staw się przy wielkim jeziorze. Pewno twój...braciszek jest równie łamagą jak ty.-Zaśmiał się kpiąco. Tego było za dużo. Rzuciłem się na niego i powiedziałem:
-Mów sobie o mnie co chcesz,ale od mojego brata WARA!-Warknąłem. On się wściekł. Wyszczerzył zęby i zrzucił mnie z siebie. Teraz ja leżałem.
-Bo co mi zrobisz,łamago?-Podciąłem mu tylną łapę i się wywrócił. Już miałem go przycisnąć i zakończyć "potyczkę",ale Luna mnie ubiegła.
-DOŚĆ! Ta "walka"-jeśli tak to można nazwać-robi się nudna. Powalczycie sobie po południu z demonami.-Powiedziała. Po tych słowach zaczęła odchodzić mamrocząc-Faceci są żałośni.-Corpoise rzucił mi krzywe spojrzenie i dogonił Lunę. Wiedziałem,że razem z Rinem musimy pokazać,na co nas stać. Pobiegłem do naszej jaskini. Już nie spał i przechadzał się przed jej wejściem.
-Gdzie byłeś?-Zapytał lekko zaniepokojony.
-Na spacerze. I nie przejmuj się,jak pójdę na spacerek. Nie jesteś moim rodzicem.-Chwyciłem go za łeb i poczochrałem włosy. On odepchnął mnie (jak to się bawią bracia) i klepnął przyjacielsko w łeb. Odpychając jego kolejny "atak" powiedziałem-Załatwiłem nam walkę.-Przerwał zabawę.
-Jaką,gdzie i kiedy?-Zapytał ucieszony Rin.
-W południe mamy się stawić przy wielkim jeziorze i pójdziemy razem z wilczycą i jakimś wyszczekanym wilkiem na demony. Musimy pokazać mu na co nas stać,bo drwił sobie z nas.
-Pokażemy mu na co stać braci Dragneel. Bliźniaczych smoczych zabójców.-Nastawił łapę na "żółwika"
-Jasne.-Przybiliśmy sobie żółwia.
   Kilka minut później,już ostrzyliśmy sobie miecze i nasączaliśmy je wodą święconą (jak się idzie na demony tylko taka broń je zabija,no chyba,że walczysz łapami,pazurami itp.). W południe już obaj czekaliśmy przy dużym jeziorze z mieczami na plecach.
-No no,jednak nie stchórzyliście.-Powiedział Corpiose drwiąco.
-Wolisz walczyć,czy się nabijać?-Minąłem go i poszedłem za Luną. Rin zrobił tak samo. Po kilku godzinach drogi,dotarliśmy do wejście do wąwozu. Wtedy Luna się zatrzymała i odwróciła w naszą stronę.
-To jest jedyne wejście i wyjście do wąwozu. Innej ucieczki nie ma. Nawet jeśli masz skrzydła. Oni też je posiadają. Jak je wywołam,nie ma już odwrotu. Jeśli jest naprawdę źle,tworzycie krąg z soli święconej i czekacie na koniec. Jeśli doprowadzicie je z tego labiryntu do wyjścia,możecie zapomnieć o pięknych terenach watahy i o wilkach,których znacie z tej watahy. Znikną zwierzęta i roślinność. Oni zniszczą wszystko. Są gorsi od szarańczy. Teraz tworzę kreskę ze święconej soli,dla pewności,że jeśli jeden z demonów zabłąka się aż tu,nie wyjdzie. Ale to nie jest mocna obrona,więc ani mi się ważcie doprowadzić ich tu.-Wtedy Corpoise cicho parsknął śmiechem.-Ciebie też się to tyczy.-Przeszyła go wzrokiem.-Wchodzimy!
  Po jakiejś godzinie chodzenia w tym labiryncie,zatrzymaliśmy się w naprawdę nieprzyjemnym miejscu.
-GETO POR-SE!-Wykrzyknęła Luna. Znałem ten język. Wyzwała demony na pojedynek. W tym momencie z ciemnych grot w ścianach i szczelin wypełzły  dziwne cienie. Zaczęły atakować od razu. Rzuciły się na nas wszystkich i otoczyły nas. Bez zastanowienia ja i mój brat sięgnęliśmy po miecze.
-Pokażcie więc na co was stać łamagi!-Krzyknął do nas Corpoise.
-Gotowy?-Rin zapytał ignorując czarnego wilka.
-Gotowy!-Powiedziałem. Skoczyliśmy w stronę cieni tnąc je z łatwością. To Rin odbił się od moich pleców,to ja wślizgnąłem się pod nim zabijając demona,który korzystał z zajęcia się mojego brata innym stworem. Kiedy Woda święcona zniknęła z ostrzy,schowaliśmy miecze i zaczęliśmy walczyć wręcz.
-Ile masz?
-698 a ty?
-700 braciszku. Znów twój starszy brat cię przerasta!-Zaśmiał się Rin. W tym momencie przeciąłem za jednym zamachem trzy demony skradające się obok.
-Już nie!-Zaśmiałem się. Kontynuowaliśmy walkę. Zapaliłem całe swoje ciało,a Rin ochłodził.
-SKRZYDLATE CIĘCIE OGNISTEGO SMOKA!
-LODOWE CIĘCIE LODOWEGO SMOKA!-Krzyknęliśmy jednocześnie mrożąc i paląc przeciwników. Kątem oka mignął mi Corpoise z małym uśmieszkiem na twarzy. Oznaczał on ni to drwinę,ni to uznanie. Kiedy walka się skończyła Corpoise klepnął mnie w ramię.
-Nie jest tak źle.-Powiedział i odszedł. Uśmiechnąłem się do Rina,który odwzajemnił uśmiech.
-Niezła walka!
-Ta!-Przybiliśmy żółwia.
<Co dalej Corpoise?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz