poniedziałek, 19 maja 2014

Od Luny 72

*Dawniej*
Biegłam po wzgórzu niosąc zniszczenie. Czułam się jak prawdziwy przeklęty wilk. Albo jak bogini śmierci. Biegłam przez las,który natychmiast usychał wzdłuż i wszerz. Zwierzęta umierały a ja czułam się świetnie. Kiedy wybiegłam z lasu,ten z powrotem ożywał tak,jak było wcześniej. Przecież nie zabijam bez powodu i dla zabawy. Przestałam siać śmierć i pobiegłam na plażę. Wtedy poczułam zapach śmierci (jako kostucha mogę wyczuć kto,gdzie i kiedy ginie i zjeść jego duszę). Pobiegłam w tamtą stronę. Na szczęście nie było to daleko. Zobaczyłam jakąś wilczycę płaczącą nad ciałem ukochanego. Przez płacz błagała mnie,żebym mu pomogła. Wiedziała kim jestem. Ja bez słowa otworzyłam słoiczek na szyi i wsadziłam jego duszę do "kolekcji".
-Co ty robisz? Pomóż! Błagam! Ty przecież potrafisz!
-To,że potrafię nie znaczy,że to zrobię. Jam jest śmierć! Nie życie! Ja pojawiam się tam,gdzie śmierć i żywię się śmiercią. Nie pomogę ci wilczyco.-Po tych słowach odeszłam. Już chciałam odlecieć,gdy usłyszałam męski głos.
-Witaj. Słyszałaś,że szykuje się wojna,prawda? Potrzebujemy rekrutów.
-Chcesz,żebym wstąpiła do wojska?-Odwróciłam się. Dopiero teraz mnie poznał (wtedy jeszcze mnie pamiętano dokładnie i znano).
-T-tak. Z tobą na pewno wygramy,a ty zyskasz więcej dusz. Spojrzałam na swój słoiczek.
-No dobrze. Mogę walczyć. Pod jednym warunkiem.
-Tak?
-Będę trenować indywidualnie.
-Dobrze.
Od tamtej pory trenowałam w samotności czekając na wojnę. Do tamtego czasu zostałam awansowana na przywódcę całego wojska. Nadszedł dzień wojny. W powietrzu czuć było zapach przyszłej śmierci (mogłam widzieć kto umrze,kiedy i w jakich okolicznościach). Dla niektórych typów śmierć była dość bolesna. Cieszyło mnie to. Z natury byłam sadystką,więc lubiłam patrzeć na cierpienie wilków. W końcu nadeszła ta wyczekiwana minuta,od której wszystko się zaczęło. Wszyscy krzyczeli. Jedni "Naprzód" inni po prostu "Aaaaaaa" jak się krzyczy zwykle na wojnach. Ja krzyknęłam do swoich oddziałów "Biegnijcie i walczcie". Kiedy ruszyli sama zaczęłam biec by walczyć. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech szczęścia. Byłam szczęśliwa,że mogłam zabijać. Machałam mieczem na prawo i lewo ciesząc się każdym krzykiem bólu. Wtedy poczułam do czego tak na prawdę jestem stworzona. Jedyna rzecz w której byłam naprawdę dobra. Lekko uchyliłam słoiczek i wszystkie ich dusze do niego wleciały. Jeszcze nigdy nie świecił takim blaskiem. Obcinałam głowy,łapy. Przecinałam na pół i robiłam lekkie,acz bolesne nacięcia. Czułam się jak ryba w wodzie. Nie da się tego opisać. Po jakimś czasie wojna się skończyła. Byłam zawiedziona,że tak szybko wszyscy poginęli. Nawet ci,którzy uciekali zginęli. Dopadłam ich. Zostałam w wojsku i wygrywałam kolejne wojny. Poczułam ogromne szczęście. Po jakimś czasie zdecydowałam odejść z wojska. Znudziło mnie to wszystko. Wychowywana bez przyjaciół automatycznie zaczęłam odpychać wszystkich. Całe życie spędziłam sama. Dlaczego teraz miałoby się to zmienić? Polubiłam samotność. Żyłam z dnia na dzień bez zadań i obowiązków. Przyjaźniłam się ze zwierzętami. Pomagałam im,a one mi zaufały. Chyba były jedynymi stworzeniami na ziemi,które mi ufały. Aż w końcu trafiłam do więzienia jako strażniczka. Lubiłam torturować skazańców. Po jakimś czasie "wpadłam" na Lesti i wszystko legło w gruzach. Jakim cudem ja dołączyłam do tej watahy? Mimo wszystko dobrze mi tu. Po raz pierwszy poczułam co to znaczy mieć znajomych wilków.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz